Nie w górach ale nad morzem
Wywiad z Markiem Batardem przeprowadził Piotr Paćkowski

12 września 2005 roku, półwysep Giens w pobliżu Tulonu, nad Morzem Śródziemnym.
Podczas dwutygodniowych wakacji odwiedziny Marka, który kilka dni temu zaproponował mi przetłumaczenie swojej ostatniej książki "Wyjście ze szczytów".
Piotr Paćkowski: Wreszcie spotkaliśmy się po kilku latach, od czasu kiedy wisieliśmy na linach na Wieży Eiffla, po grudniowym huraganie w końcu 1999-tego roku.
Marc Batard: Tak na prawdę to nie widzieliśmy się od 2001 roku gdy mieszkaleś przez kilka tygodni w moim chalecie w Megeve. Z nostalgią wspominam nasze pierwsze spotkanie w Paryżu, a właściwie na dachach Paryża gdzie uczyłeś mnie techniki prac wysokościowych...
PP: Chyba tylko techniki, bo czego mógłbym nauczyć Marca Batarda, który otworzył mnóstwo nowych dróg w masywie Mont Blanc, dwie nowe drogi solo na Petit Dru i wszedł na Everest trzy razy....
MB: Nie wazelinuj, to wszystko należy już dzisiaj do przeszłości.
PP: Potwierdzasz więc to, co powiedziałeś mi w 2001 roku, że Cho Oyu było dla ciebie pożegnaniem gor?
MB: Z całą pewnością, na ostatniej wyprawie, którą zresztą przerwałem z powodu lawinowego zagrożenia przypomnialem sobie o obietnicy: jeśli coś przeszkodzi mi w wykonywaniu mojego zawodu przewodnika zakończę moją karierę.
PP: Czy to afera z Anną Collet, która podała cię do sądu za to, że nie doprowadziłeś jej do szczytu Cho Oyu, przyśpieszyła twą decyzję?
MB: Między innymi, lecz ta afera to był tylko mały szczegół. Po tej wyprawie zakończyłem jeden z rozdziałów mojego życia, wychodząc wreszcie na prostą drogę; wreszcie jestem w zgodzie z samym sobą. Wreszcie wyszedłem z gór.
PP: W górach, a właściwie w górskim środowisku, byłeś zawsze postacią marginesową, nigdy nie byłeś na fali z mediami jak inni alpiniści, którzy mniej zrobili od ciebie. Sprawę pogorszyła twoja nowa droga na Dru, Soutien aux sdf, którą zadedykowałeś bezdomnym. Dlaczego to zerwanie z górami?
MB: Góry były dla mnie zakładem lub, jak wolisz, wyzwaniem, moim wyzwaniem. Dzisiaj żyję wreszcie spokojnie, tak jak zawsze chcialem, maluję obrazy i zaczynam pisać.
PP: Wyjście ze szczytów to twoja nowa koncepcja życia
MB: Jak widzialeś w mojej ostatniej książce, dzięki, że pozwalasz mi wypowiedzieć się samemu na ten temat...
PP: W Paryżu też nie stawiałem ci pytań, gdyż wiedzialem, że nie należy ich stawiać.
MB: Tak, to nowa koncepcja życia a raczej akceptacja mojego homoseksualizmu.
MB: Jak długo męczyła cię ta sprawa?
MB: Przez długie lata, nie wiedziałem że to moja prawdziwa natura. Teraz już wiem i dlatego żyje mi się lepiej.
PP: Dla wielu ludzi ze środowiska, tego górskiego, twoja książka ma na celu wyłącznie ogłoszenie całemu światu twojego homoseksualizmu?
MB: To dla małych ludzi, których jest bardzo dużo, także w naszym środowisku. Ja powiedziałem prawdę, ale nie tylko na ten temat, którym wszyscy się fascynowali. Piszę także o tym, co czuje człowiek w górach, o życiu, piszę o strachu, o obawie przed śmiercią, o tym, czym jestem naprawdę. Nie napisałem tej książki po to, by powiedzieć, że jestem homo, lecz także po to, by ci, którzy nie mają odwagi na powiedzenie sobie prawdy wprost, żyli lepiej. Nie zdajesz sobie sprawy, ilu młodych ludzi popełnia dzisiaj samobójstwo, dlatego że nie mają odwagi przyznać się do tego, kim są. Na początku lata spotkalem sie z Desmaisonem. Powiedzial mi tylko, Marc bardzo lubię twoją książkę. Wziął mnie w ramiona i popłakał się. To było dla mnie great.
PP: Dla mnie i dla tych, którzy potrafili przeczytać twą książkę, jesteś Markiem Batardem, człowiekiem integralnym. Jak z książką ?
MB: Glénat, mój wydawca, przygotowuje drugie wydanie. W międzyczasie wyjść ma niedługo wersja hiszpańska, włoska i być może, bułgarska. Dzięki, że zgodziłeś się na przetłumaczenie mojej książki na język polski.
PP: Już zacząłem tłumaczenie, trzeba jeszcze znaleźć wydawcę. Dzięki za przybycie nad morze, chociaż raz spotykamy się na innym terenie...
MB: Jak zresztą napisałeś w wierszu po naszym pierwszym spotkaniu na paryskich dachach: nasze serca są nadal przeźroczyste, mówimy mało, wiatr jest obok nas, błekitna góra jest daleko, poza nami...
PP: Dzięki za pamięć. Musisz mi jeszcze wpisać dedykację do twojej książki.
Marc wpisuje swą dedykację, widzę przez ramię cytat z mojego wiersza. Na pożegnanie ściskamy się mocno, do następnego spotkania.
Mały, wielki człowiek z Dru i z Everestu opuszcza brzeg Morza Śródziemnego wracając do Paryża, gdzie od kilku lat wiedzie nowe życie z dala od przeszłości.