ŚCIANA MGIEŁ CZYLI CZERWONYM FILAREM DO NIEBA

 

     
 

Czy to jest miłość, czy to jest kochanie? (A.M.)
In the mountains, there you feel free.( T.S.Eliot; Jałowa ziemia)

Pamięci Christophe´a Jacqueta

C. Jacquet  na  hakowce  w Sablibum (Fontainebleau)Christophe był moim kursantem w czasach paryskich. Wspinaliśmy się w Fontainebleau i w tamtejszych kamieniołomach otwieraliśmy kilka klasycznych i hakowych dróg na Sablibum. Wtedy zdecydował, że zostanie przewodnikiem. Kilka razy startował do ENSA i wreszcie udało mu się zostać aspirant guide i otrzymać końcowy dyplom.

Christophe miał pecha i kilka poważnych wypadków, ze sceptycyzmem widziałem więc jego przewodnicką karierę. Brakowało mu głównie wewnętrznego spokoju, tak potrzebnego przy wpinaniu.

Christophe zginął z klientem w lawinie seraków pod kaskadami na czole Lodowca Argentiere. Po wspinaczce trawersowali pod serakami, żeby odzyskać zostawione tam narty. Było to jego ostatnie zawodowe wyjście w góry.

9-tego lutego 2005 wspinałem się solo na kaskadach lodowych w Crémerie, pod dolną stacją kolejki na Grandes Montés. Liczne loty nowych alouetek, chyba kogoś szukają. Wieczorem dowiedziałem się, że to jego szukali i jego klienta.

Pierwsza droga na Petit Dru, druga i trzecia. 29 czerwca 2005, moje imieniny. Leżę w klinice w Annecy po operacji głównego ścięgna w ramieniu po solowym, lutowym locie na lodospadach. Przez kilka miesięcy myślałem, że jakoś to będzie, lecz wspinając się z Krzyśkiem Lizakiem z Krakowa na Barberine musiałem wreszcie pogodzić się z faktem, iż ścięgno chyba jest w złym stanie, naruszone licznymi lotami i głazami. Wspinałem się jeszcze przez trzy miesiące, pomagając sobie prawą ręką, żeby móc podnieść lewą do chwytu.

Kroplówka i pompa do morfiny. Żadnych narkotycznych wizji jak u Witkacego czy De Quincey'a, tylko wspomnienia o tych, którzy odeszli. Chyba dawkę morfiny dali mi za małą!!

O 15.00 telefon: to Annick, mon bijou. Szkoda, że cię nie ma, bo był nowy obryw na Dru. Zrób koniecznie zdjęcia, to będzie najlepszy imieninowy prezent! Powrót do domu, na balkonie, lornetka i aparat fotograficzny w pogotowiu. Drugi obryw, w urodziny Harlina. Dym nad Morzem Lodu, odpadł Czerwony Filar, Ściana mgieł, Dark Side of Petit Dru opatruje swe rany. Wiosną 1995, ubiegłoroczny Bonatti solo i dwa loty, bo inni chwytali się mojej liny, iść tam gdzie trochę spokoju!

Filar Mgieł Christophe Jacquet, przypadkowe spotkanie w CAF-ie. Chce być przewodnikiem. Napalony, zrobił północną Aiguille du Plan solo. Mówię mu o moim planie: direttissima francuskia i jej Czerwony Filar. Tam nikogo nie będzie. Dużo hakówki na tej drodze, Profit nitował z żołnierzami. Lekcje haczenia na Joux, przy okazji wychodzimy z okapu nowym wariantem na hoockach. Biwak na Flammes de Pierre, lepiej tędy niż kuluarem. Bezsenność. Czy Nienasycenie?

Stare koszmary i brakujące momenty. Mama: "żebyś się nie wspinał, spalę ci sprzęt i te wszystkie liny." "Piotruś: podczas wspinaczki można sobie złamać nogę" - to Ojciec.

Na początku było słowo, czyli mapy i przewodniki. Turystyka górska, Bieszczady, Beskid, Tatry.

Potem Sekcja Grotołazów, skałki pod Olsztynem. Dupodanie starej gwardii SG w Pierre St. Martin. I znowu Tatry. Kiełbasa, która długo się grzała na Hali. GOT. Nocna wyprawa przez Zawrat do Pięciu Stawów, żlebem, żeby było trudniej. Iwona, która mnie przeklinała (ach te panienki!!).

Nazajutrz pierwsza droga z bratem na Orlej Baszcie, potem pierwsza trudna droga na Sokolikach, Rysa Lotników, wspinanie z Małolatem. Walkosz i produkcja jego sprzętu Made in Poland! Mama, przyłapana na czytaniu "Taternika" z opisem mojej drogi na Zamarłej Turni, studia, pierwsze recenzje w "Odrze" i nagły szacunek niektórych pracowników naukowych polonistyki, którzy nigdy nic nie opublikowali!

Dziewczyny, Pink Floyd, Black Sabbath i muzyka klasyczna. Powstanie SKS-u i sprawa Pyjasa, przesluchania. Lothar Herbst, który dodawał odwagi!. Zawieszenie na uniwerku za petycję.

Pierwszy Festiwal Piosenki Zakazanej w Sokolikach, z udziałem Wieśka Kęcika, naszego kontaktu SKS-u z KOR-em na uczelni. Inni nie dojechali, stara gwardia piła Żyto na uboczu, śmiejąc się z naszej inicjatywy.

Solowe wspinanie hakowe z Władkiem Janowskim na równoległych drogach, chyba na Tępej? Zdjęcia na Piecu z Marianem, Skalny Most z Kaziem, zimowe wycofy z Kazalnicy i Stępień podający do wykazu drogę po wycofie jako zrobioną.

Wspinanie z bratem z kanistrem piwa na Sokolikach, zdjęcia z kanistrem na repsznurze i krytyki Bogdana i starej gwardii, która wolała pić wódeczkę w swoim gronie, gdy kursanci spali!!

Kursanci, dziewczyny, Jacek Klincewicz i Bryś, Czarnecki i Śmieszko, i Handl.

Alek Lwow bezsensownie robiący czapeczki na drutach. Nowe gwiazdy drugiej fali - Staszek Wacław.

Jurek Wilkoński, który był w połowie między dwoma obozami!

Pierwszy numer, na fotokopiarce, ŁOJANTA i nowe przesłuchania, udokumentowane jednym z trzech egzemplarzy sprzedanych w Klubie na Polibudzie!

Pierwszy moralny kryzys po śmierci Kęsickiego i Nowaczyka na Broad Peaku Middle, moich ojców chrzestnych, którzy podpisali mi podanie o przyjęcie do Klubu, łzy Ewy Panejko. Pierwsza Słowacja i wspinanie z Igorem Kollerem po mokrej skale na Jagnięcym. Brancalowa Chata i piwo chłodzone w stawie. Pierwsze ideologiczne starcie z Preisnerem i Machnikiem! Niezapomniane spotkanie z Belicą!

Pierwsza Kazalnica ze Zbyszkiem Samborskim, potem pierwszy wielki lot na Kowalewskim, na Małym Mlynarczyku z Darkiem Drylą, gdy po raz pierwszy szukałem trudności na ostatnim podszczytowym wyciągu zamiast skończyć drogę łatwo, jak w opisie!

Lot i wyrwane stanowisko, i jedna kostka, która została, hex nr 3 z niebieską linką 6 mm, wyhandlowaną chyba od Wacha w Moku, albo od kogoś innego.

Widzę siebie na ścianie, nic mnie nie boli. Żadnego złamania, tylko film, w którym całe, dotychczasowe życie widzisz jak na dłoni! Inne fakty z przyszłości też!

Szpital na Słowacji i śliczna pielęgniarka. Długi pobyt u niej jako prywatny pacjent i niezapomniane słowackie noce i Praska Symfonia! I jej zapach!

Powrót do Moka, kolejne, po Podlesicach, spotkanie z Kurtyką. Wojtek opowiadający o podobnym stanie, jaki odczułem po locie.

Kostek Miodowicz i jego siostra, Wach! Dziadek, Krowa i Ojciec, Termit i Kacuga i wóz z gnojem, pani Dziunia, pani Jadzia ze sznyclami, kisiel i piwo, którym żywiliśmy się na taborze z Tadkiem Kowalczykiem. Dymy w schronisku. W klubie też, bo ktoś podkablował nas o "jajach z piwem"! Dymy w domu, bo ktoś z klubu powiedział mamie o moim wypadku. Jeleniogórska wyprawa i śmierć Pietkiewicza. Ponowne wspinanie z Bratem na Sokolikach. Powrót na Piec bez nitowania! Skalny Most "free" z Kaziem.

Jestem, bo się wspinam - jak się boisz po locie, to przestań - tak ktoś mi radził w Klubie.

Głupi, niepotrzebny ślub z Ewą w Jeleniej, jak w filmie Zanussiego.

Znowu Słowacja i odhaczone drogi z Borkowskim i Jargiłłą na obozie AKA, w Dolinie Wielickiej. Nowy dym w klubie, gdyż pisząc o naszych "osiągnięciach", zapomniałem dodać w "Taterniku", że tak naprawdę to był obóz KW.

Zawody skałkowe w Sobótce i zwycięstwo Serwatki. Zawody w Krakowie, na Zakrzówku i ich przesunięcie na popołudnie, gdyż wszyscy oglądali nowego Papieża, naszego. Rosjanie też.

Dymy na dworcu w Krakowie, podczas powrotu, bo pociąg opóźniony, a my z Kaziem Śmieszko dajemy sygnał do odjazdu i pociąg rusza! Wars wita was! Lecz nie ma co jeść, gdyż między Przemyślem a Krakowem wszystko sprzedali!

Wykazy przejść i pierwsze Alpy, i koordynatorzy.

Wyjazd do Francji, hotel "Wilson", paryska "siedziba" nowej polskiej emigracji, w którym pracuje Marian Panz, jeden z eksploratorów Sokolików, partner Głazka. Paryż, Fontainebleau, powrót do Chamonix, drogi w Masywie, Yosemity, ślub, ale w tydzień później nie miało być pogrzebu Ojca, który nie wrócił z lasu z grzybobrania i potem inni, ci którzy wyszli i dotychczas są w Górach.

 

Klinika w Annecy i powrót do domu. Pierwszy lipca: znowu się sypie o 10.00. Głazy przeskakujące przez morenę i balety helikopterów przed ścianą, "lećcie, nikt nie woła", bo byłaby rzeźnia. Na Dru nikogo dzisiaj nie ma! Ściana jak po stalinowskiej czystce! Wieczorem początek festiwalu w Montreux, gdzie kiedyś powstał "Smoke on the water". W Chamonix też dymy nad Mer de Glace, jak w 16-tym rozdziale Koranu - "góry zostaną wzruszone i zostanie po nich tylko rozsiany pył". Zaczyna padać, ja też mam wilgotne oczy.

Christophe wyrywa mnie z krainy snów. Kawa i papieros, zjazdy. Z worami do Dolnych Tarasów. Do okapów tylko 9 wyciągI. Na piątym kamienie, lot, lewe ramię boli, nadpęknięty kask jak na pierwszym zimowym Drlika na Małej Źółtej Scianie z Kaziem Borkowskim. Dwa miejsca 6b nie są takie straszne, to raczej 6a. Z kolei hakówka w okapach raczej A3, bo skała się zborsuczyła. Pierwszy biwak na filarze na półkach: tutaj kiedyś był Gross. Łatwa hakówka po nitach, młotek i nitownica, bo jednego nie można użyć. Z prawej Gross, przed nami był tutaj Marsigny solo, na lewo Marc Batard, też solo, a my tutaj, we dwójkę.

 

Filar MgiełPierwsze solowe drogi w skałkach, testowanie Gri-gri z Destivelle, potem w górach. "Soloist" otrzymany w prezencie od Batarda. Brak partnerów, tych ulubionych. Kaziu w Stanach a Marian nie żyje, bo czołowe zderzenie. Drugi biwak po filarze i iskrzące się niebo, jak na wyciągnięcie ręki, i kaskady gwiazd w jej spojrzeniu, et le corps lacte d'Annick, którego teraz brakuje. Końcowe wyciągi Harlinem, który jest chyba moim trzecim ojcem chrzestnym. Trudne miejsce, którego się obawiamy. Znaleziony friend Cassina (kilka lat później dowiem się od Marca Batarda, że to on zostawił go na ścianie podczas otwarcia drogi Soutien aux sdf. Szczyt, zjazdy i to powracające znowu uczucie nienasycenia, czegoś niedokończonego. Czy to właśnie dlatego jeszcze ciągle się wspinam?

Mur berliński i koncert Watersa na Alexander Platz, pierwsze wejście na teren bylego DDR z paszportem azylowca. Pierwszy po latach powrót do kraju i orzeł z koroną na granicy!

Powrót do Chamonix, przeprowadzka na Południe, późny, drugi niepotrzebny ślub, pogrzeb Joli, potem Anny, która zginęła podczas lądowania w Megeve. Pobyt w pustej willi Marca Batarda, Jacques Camusat - klient Marca i liczne z nim rozmowy. Jet Set w Megeve i bogate kobiety spragnione wrażeń. I wreszcie, i ponownie, Chamonix, spotkanie z Annick, moim skarbem. Nowe drogi otworzone w skałkach, Verdon, Kalanki.

Spoglądam na Dru. Czy kiedyś tam powrócę? Wierzę, że tak, Biała Plama jest zaproszeniem do wspinania... Lecz dzisiaj Dru jest daleko, Christophe też jest teraz daleko, W której konstelacji? Zabrali go helikopterem spod lodowca, i te małe dzieci, jedno urodziło się już po pogrzebie. Rodzice dzwonią z Paryża: czy wiem? Wiem, że pod serakami jest ciemno i będzie jeszcze ciemniej, Christophe jest w Górach, tam, gdzie nie potrzeba ani liny, ani sprzętu.
I przypomina mi się mój krótki, stary wiersz dedykowany pośmiertnie Jurkowi Wilkońskiemu: "i na planecie zadeptanych marzeń, poza koniczyną strachu, istnieją Góry Błękitne".

 

Petit Dru wyłania się od czasu do czasu zza gęstej mgły. W nocy padał śnieg, bo biało. Przez lornetkę oglądam ścianę mgieł. Wydaje się być blisko jak na wyciągnięcie ręki...

 

 
  Annecy-Chamonix, lipiec 2005